sobota, 5 grudnia 2009

Kraków-sraków i Budapeszt...

...i coś tam jeszcze. Generalnie dochodzę do wniosku, że jest dobrze, gdy mozna powiedzieć coś sensownego. Ewentualnie interesującego. Historii z życia studenckiego jakich wiele przytaczać mi się nie chce. Wam czytać pewnie też nie, więc choc do Nowego Roku jeszcze troche tygodni zostało, to już postanawiam sobie, jak to mówią, pisać na temat. Może iloraz mi skoczy, może się z kimś powymienia argumenty, zawsze ciekawsze to niż pisanie o wszystkim i niczym. I jak to ostatnio spodobał mi się pewien cytat "so we can be sarcastic without reason". A przeciez nie ma nic lepszego niż beztroska krytyka rzeczy, która akurat nam się nawinie, ewentualnie naprzykrzy. Póki co zaś, pogawędze nieco o Budapeszcie.


Do Budapesztu trafiłam zasadniczo przez przypadek. Jest też to dowód na to, ze czasem warto nie spóźniać się na uczelnię, bo akurat własnie załapiesz sie na taki free wyjazd. Wyjazd ów miał być sponsorowany w ramach Anilogue Festival, mówiąc prościej festiwalowi animacji. I co tu dużo mówić, fajnie było. Ale pokolej:

1. Rozmowa z ludźmi (dodam że bardzo sympatycznymi ludźmi) w innym niż rodzimym języku ma coś magicznego w sobie. Nawet jeśli dyskutuje się przy piwie w pubie o najbardziej błahych sprawach, o wojnie, utracie ludzkiego oblicza, cyberpunku, wegetarianizmie etc etc to rozmowy te przybierając mimo wszystko w mózgach rozmówców strasznie intelektualnego wymiaru, bo w końcu następuje ta niesamowita komunikacja miedzy tak odległymi ludźmi, co z tego ze często o podobnych poglądach.

2. Miałam przyjemność pojawieniu się na wykładzie Bagińskiego, w ramach naszego dziennikarskiego questu mieliśmy tez przeprowadzić wywiad niestety bez skutku. Otóz pan Baginśki objawił sie nam wiekszym biznesmenem niz można byłoby sądzić. inna ciekawostka, że publice na Węgrzech niekoneicznie podobały sie jego projekty. Za dużo tematyki wojennej i puste wycackane obrazy, czy coś w ten deseń. Mówiąc krótko, nie znają się. Osobiście mam ochotę zamordowac Baginskiego za tworzenie Hardcore'u 44 - z chęcią sama bym się pod tym podpisała :)

3. Nieprzyjemność z kolei miałam oglądając animacje eksperymentalną. I tu upatruję już sobie dłuzysz wywód, temat na cały wpis do bloga. W znacznym skrócie, animacji eksperymentalnej mówię NIE, podobnie jak alternatywnemu kinie, nie żebym miała coś przeciw jakiejś formie wyrazu, ale po prostu szajs szajsem pozostanie.

4. Warto wspomnieć o samym Budapeszcie co fantastycznym miastem jest, o historii sięgającej starożytnego Rzymu. Niestety całego miasta nie mieliśmy kiedy zwiedzić, po prostu nie było czasu. Niemniej polecam.

5. ...w szczególności klub Szimple. na dzień dzisiejszy najbardziej wykrecony i zajebisty klub jaki widziałam. Wydawać sie mogło że tematyką jego wystarju jest jeden wielki pierdolnik i reszta bałaganu. Jednak cala masa smaczków dekoracyjnych, ogród otwierany latem, rośliny zawieszone nad sufitem, niesamowite światła i obskurne ściany stworzyły coś czego nie widziałam nigdzie indziej i co stawia jak narazie Szimple na pierwszym miejscu w moim rankingu tego typu miejscówek.

6. Poza tym fajnie jest być VIP-em, za darmo jeść pyszne darmowe ciasta, pic węgierskiego wino oraz ,wszelkiego rodzaje kawy i czekolady w luksusowym kinie w klimatach tureckich i mieszkac w prostym acz przestronnym apartamencie. dla kontrastu w czasie wolnym żarlismy chleb z kremem czekoladowym, bo na to nas było tylko stać, ewentualnie tani kebab, raz obowiązkowo gulasz węgierki. I szczerze mówiąc, wracać z takich warunków do obskurnej stancji w Krakowie, było koszmarem.

7. Pomniejsze spostrzeżenia: gulasz węgierski chyba jest troche przereklamowany, acz prawdą jest, że wybraliśmy najtańszy z możliwych :P Lepiej jest z ich przysmakami, wyrobami cukierniczymi, mega słodkimi i mega zapychającymi. I wiem że "z" w ich "sz" sie nie czyta. ale tak czy inaczej śmieszne musi być kupowanie "sztringów" w ich "szex szopach" :D

To tyle z wieści budapeskich, poniżej kilka moich ulubionych zdjęć :)


Eh, poza tym nie mogłam sie jednak powstrzymać i trochę pojęczę. Robienie animacji wychodzi mi już uszami, wtorków ze względu na zajęcia znienawidziłam i w ogóle lekko nie jest, o! (co z tego ze ostatnie piątkowe zajęcia polegały na wspólnym jedzeniu śniadania i słuchaniu przeinteresujących opowieści z Rumunii, ah :P )

poza tym pozwolę się pochwalić, i zaspokoić swojego ego - zajęłam drugie miejsce na digart.pl na bitwie concept art-owej. Temat bitwy - łowca :) Szkoda tylko, ze na nastepna nie znajde już czasu, przeklęta animacja... no dobra, kochana animacja, tylko nieco... pracochłonna... :P

pozdr.

czwartek, 5 listopada 2009

Krakuuffff

Majn got, to już ponad miesiąc w Krakowie. Co więcej - miesiąc studiowania w Krakowie. Ale student ze mnei jak z przysłowiowej koziej dupy trąba. Choćby moje żywienie - jest na poziomie bardzo wysokim, na poziomie studenckim wręcz obrzydliwie wysokim. Dzień bez deseru? Bezsensu. Odwrotnie proporcjonalnie przebiega moje alkoholizowanie się. W liceum więcej piłam z studentami niz teraz. 10 osób na roku to mało i niby nie trudno o integracje. Ale sporo tu osób, które siedzą w Krakowie od dłuższego czasu, mają już własnych znajomych, własne życie. Chociaż -może i narzekam. jest świetnie. Kierunek intermediów, na który uczęszczam okazuje się być najbardziej popieprzonym. Cieszę się dziko. Tylko żeby życie w Krakowie było tańsze. I więcej imprez elektronicznych mogło by być.


Ale żeby nie było, że się opierdalam - roboty jest duuuużo. Co tydzień nowe z rejestracji i przetwarzania, babranie się z montażem, czasochłonne animacje... oj, sporo tego. Ale choćby właśnie taka animacja - sprawia ogromną radoche. Poniżej wstępne próbki tego co robie. A niedługo jeszcze więcej :)


pozdr.

PS. dzis skromnie, muszę wrócić "do formy" w pisaniu postów :P ;)

poniedziałek, 21 września 2009

Frustracje

Nie wiem czy to zbliżający się wyjazd i związane z nim przygotowania czy to moje własne mniej lub bardziej uzasadnione złości, niechęci i słabostki. Generalnie - jestem sfrustrowana. Osobiście stawiam na to, że chciałabym mieć już to wszystko z głowy, by był już październik, taki, jaki sobie wyobrażam. I tyle. Krótko, bo i mało się jeszcze zmieniło. Następny post najpewniej poleci już z Krakowa.

Beware of Jabberwock
My body is a playground for a nazi elite.

pozdr.

czwartek, 3 września 2009

Kampania wrześniowa

Zaiste. Moja prywatna kampania wrześniowa zapowiada się bardzo ciężko. Będę musiała pożegnać się ze wszystkimi znajomymi co równa się liczniejszym niż zwykle wyjściom wieczornym, ciężkim marszom terenowym i ognichom, nocowaniem w bunkrach, piciem pod przymusem lub nie, herbaty oczywiście, no i parę pożegnalnych sesji RPG. Zaprawdę może nie dawać wiary w ciężkość tych czynności, ale klnę się na honor, że nie mniej trudne one są niż pakowanie się, robienie porządku w pokoju i inne trudy przeprowadzki. Ach, cierpię straszliwie!
...
Hm, aż zastanawiam się ile w tym sarkazmu, a ile prawdy. :D

A propo wszelkich kampanii wrześniowych, wymęczę temat ostatnio już i tak dość mocno wymaglowany. obchody 70-tej rocznicy wybuchu IIWŚ. W zasadzie nawet to nie wymęczę, tylko krótko napomknę, jak mnie mierziło gdy słuchała przemówienia pana Putina. Nawet banał pani Merkel tak nie rzucał sie w oczy przy kręceniu wyżej wymienionego. Ot, prezentowała jasno określone stanowisko Niemiec. No ale... podobna opinie wyraziło już n-tysięcy osób i jakoś nie wydaje mi się potrzebne argumentowanie jej po raz kolejny. Rozglądnę się tylko za książką "10 kawałków o wojnie", na którą narobiłam sobie apetytu w audycji tok.fm. I zaryzykuje poleceniem ją w ciemno, bo fragmenty jej cytowane w ramach audycji, bardzo przypominały mi klimatem "Na Zachodzie bez zmian". Z ta różnicą, że głównym wrogiem żołnierzy jest nie przeciwnik, a jak się okazuje ich własny oficer z całymi władzami na czele. Władzami Rosji dodam, bo książka jest swoistym reportażem na tle wojny w Czeczenii. Nie w ciemno mogę za to polecić książki Wiktora Suworowa. Przekonujący punkt widzenia. I żesz jakoś tak się złożyło, że poniższy rysunek (po prawej) zainspirowany był ksiązką "Miasto i psy" Vargasa, która jakoś też mi wskakuje w te "klimaty'. Pomijając fakt, że jest to literatura iberoamerykańska. Ale też polecam.

Poza tym mam nowego laptopka, uzbierałam już kasę na tablet i co tu dużo mówić, jest fajnie. ale wcześniej bazgrnęłam sobie jeszcze wyznawce chaosu, myszą komputerowa jeszcze. O!

A, i całkiem niezły film właśnie mi się obejrzało. "Paycheck", bez rewelacji, ale fabuła nawet nawet. I po raz kolejny człowiek uswiadamia sobie jak fizyka jest fascynująca. i lubię wyrażanie "Deus Ex machina", tak na marginesie. Aż chyba zatytułuje tak następnego posta. ha-hah!

pozdr.

czwartek, 6 sierpnia 2009

Piana z ust

Bestia w klatce. Gryzienie języka. Latające kurwamacie. Kawa w ilościach dużych. I tysiące ofert mieszkań, większość do niczego, większość już nieważnych, większość ogłoszona przez płciowych rasistów albo starych jędz, co studentów ani par nie przyjmą. Trwoga, trwoga. I zmięte przekleństwo w ustach. Rodząca się niechęć do pośredników i biur nieruchomości. I dupa blada. Bo jak się stara nie myśleć o jednym problemie to znowu wracają inne lęki, bliższe i nie mniej drażniące. Więc czytam. W ilościach nałogowych. I tyle z dobrych stron nerwicy. Drobne przyjemności w postaci rozmarzania się wieczorem w łóżku, galopowanie po trakcie, dynamiczne walki, epickie sceny, ale też i brudne, zakurzone, pełne rozlanego piwa, zakrwawionego miecza, końskiego potu, uciętych głów i ciężkich jak one sakiewek. Jak zacznę tracić świadomość, dam znać.

Ostatnio wracając samej do domu wieczorem późniejszym, co mi się dawno nie zdarzało, miałam właśnie ochotę biec, pędzić. Ale było to o tyle bezsensowne, o ile wolno potrafią biegać moje wolne nóżki. I nieciekawa sceneria przedmieści Szczecina, miejskich sypialni. Więc galopowało się przez łąki, u skraju lasu, skąd czuć obserwujący cie wzrok. Zapachy, tysiące ostrych zapachów. Najpierw zapach końskiej grzywy i potu, skóry i siodła. Potem kwiatów i traw, dzikich i zapuszczonych. A przy skraju lasu kory i liści, żywych i świeżych. I najlepszy z tego wszystkiego zapach gleby, jedyny i niepowtarzalny. Ale wcześniej pęd, a razem z nim wymieszanie tego wszystkiego, tych zapachów i kolorów. Wszystko ostre w świetle, migotliwe. Najmocniejsze, najsilniejsze wrażenia.

Tak, to chyba wrażeń mi ostatnio brakuje.

Na zmiane z czytaniem rysuje. Od czasu robienia serii warhammerowych, rzucono mi wyzwanie na narysowanie wojaka chaosu. Chętnie podniosłam rękawice i wkrótce coś wykonceptuje :) A póki co - jeden z efektów moich ostatnich prób oderwania się od rzeczywistości.

pozdr.

wtorek, 28 lipca 2009

Panzerfaust III

...nadchodzi wielkimi krokami. Wspominany przeze mnie już nei raz zlot ASG organizowany przez nikogo innego jak grupę J.S.P. Sfora (do którego dumnie należę :) ). 14-16 sierpnia w Szczecinie odbędzie się kolejna odsłona konfliktu Angryk kontra Calmlandia, a wszystko wokół fabuły zawartej w podtytule "Raport Stieler'a. Niestety zapisy są już zakończone, ewentualnie można próbować skontaktować się z głównym organizatorem (niestety jednak, nie można już liczyć na gadżet otrzymywany podczas akredytacji). Plakaty gotowe, inne mroczne elementy planu też, ale te dwa tygodnie i tak zejdą nam na ostatnich przygotowaniach. I dobrze, ku zadowoleniu uczestników. :)

Zapraszam też do obejrzenia trailera :D



A także zdjęć backstage'owych z kręcenia wyżej wymienionego
http://picasaweb.google.pl/mayer.inkwizytor/BackstagePanzerfaustIII#

oraz samej strony organizatorów gdzie znajdziecie więcej info :)
http://www.sfora.tox.pl/index.php

pozdr.

środa, 22 lipca 2009

Eksterminacja

W ostatnich dniach znów wywiało mnie na mój sybir zwany Trzebieżą (najnudniejszym miejscem świata) gdzie oddałam się pasjonującemu zajęciu koszeniu trawy urządzeniem do eksterminacji tejże. Ale... Kosiarka robiące wiele "bżżżdrrrrr" pochłonęła tego dnia również wiele innych istnień, chodzi mi dokładnie o biedronki, które gździły się w setkach i tysiącach w ogrodzie. Wyglądało to mniej więcej jak łąka, przy czym zamiast kwiatów rosły te głupie istoty. Nie mówiąc już o tym, że od czasu do czasu podfruwały i obłaziły tusze mą. :P Czułam się bynajmniej nie tylko jako oprawca ale jako imperator. I jako imperator Wielki i Podstępny doszłam do Bardzo Poważnego Wniosku. A mianowicie - biedronki nie stworzą nigdy cywilizacji (zaraz po misiach panda, równie głupich) ((zawiało powagą)).

Po pierwsze, gdy idzie na ciebie wielkie urządzenie mordu robiące wspomniane już "bżżżdrrrr", masz do wybor trzy możliwości:
*uciekać razem z dobytkiem kulturowym i takie tam
*poleżeć jeszcze chwilę brzuchem do góry i uciekac na ostatnią chwilę autostopem z co najwyżej zapakowaną kanapką z masłem orzechowym
*poleżeć jeszcze chwile dłużej i dac się zmielić kosiarce razem ze swoim dobytkiem kulturowym i kanapką.
Otóż, biedronki wybrały trzecią opcje.

Cywilizacja biedronkopodobna, nawet gdyby powstała, nie czyniła by żadnych kroków broniąc się lub stawiajac opór. Ich jedyną nadzieją byłaby zbyt duża liczebność spowodowana pieprzeniem się z nudów i braku lepszych zajęc i przeżyciu tych nadwyżek bo:
*ktoś wczesniej wdeptał cię głeboko w trawę
*cudem uniknąłeś iluśtam ostrzy po czym wypadłeś na plecy z plastikowego worka
*w odpowiednim momencie odleciałeś na sąsiednie źdźbło trawy się odlać.
Ten popęd do mnożenia się sprawił, że biedronki są na drugim miejscu na liście istot i ludów niegodnych uwagi by je podbić (godne uwagi mogą być co najwyżej ich terytoria, same w sobie są nudne, zero epickości, krążowników i laserów). Na pierwszym miejscu są właśnie misie panda, które wybrały ścieżkę bambusa nieskalaną procederem kopulacji. (niemniej za misia panda się kiedys przebiorę, przemaluję i będę hasać po mieście by ratować te nieszczęsne stworzenia).

Tak rzekłam.
pozdr.